2005 nr 3 (47)


"Żeby dawać te rady, sam musiałem przejść ewolucję"

Listy Czesława Miłosza do Krzysztofa Myszkowskiego



1.
8 sierpnia 1993
Szanowny i Drogi Panie,
Zachowałem Pana list z 1.3.1992, na który nie wiem, czy dostał Pan ode mnie odpowiedź. Taki list jest bardzo cenny dla literata, bo świadczy, że jego intencje są zrozumiane, choćby przez niewielu ludzi. Czyli jestem Panu bardzo wdzięczny za decyzję napisania tego listu. Może to i dobrze, że upłynęło od tamtego listu tak dużo czasu - jak też dużo czasu od wydania przez Pana Pasji według świętego Jana1, bo myślę, że ma Pan już dystans do tamtej książki. Jeżeli młody autor pisze prozę w pierwszej osobie, i to prozę o swoim wnętrzu, 90 procent przemawia za tym, że to będzie niedobre. Szerokie rozpowszechnienie tej techniki świadczy o zbyt wielu rzeczach, żeby to w liście poruszać, ale też o impasie, czyli tupiku pewnych rodzajów pisarstwa. Na Zachodzie z tym to jeszcze pół biedy, bo sprawni powieściopisarze są zbyt sprytni, żeby wpadać w manierę szczególnie nielubianą przez czytelników. I nawet sądzę, że dekonstrukcjonizm im przyszedł z pomocą, wyzwalając wszelkie "na niby" w powieści, czyli niejako obnażając całą listę sposobów i chwytów dla posuwania akcji. Na przykład David Lodge2 skorzystał z tego, żeby pisać swoje powieści jako awantury arabskie, bez żenady i zbytniej troski o prawdopodobieństwo. Natomiast w Polsce proza "wnętrznościowa" musi wyrządzać wielkie szkody, zważywszy na inną sytuację literatury tj. zupełny brak średniego poziomu, a więc albo prostactwo albo wyrafinowanie. Sytuacja polskiej prozy jest dzisiaj okropna, bo brak w niej całkowicie rzeczywistości, a jaka może być rzeczywistość, jeżeli nie ta dookolna, polska, głównie małego miasta. Pisze Pan w swoim liście, że ideałem Pana jest Beckett. Jak Pan zapewne wie, wysoko cenię Becketta i dostatecznie go czuję w sobie, żeby bronić się przed nim rękami i nogami. Powiedziano o mnie, kiedy ostrzegałem przeciwko pewnym stylom Zachodu, że chcę polską literaturę zatrzymać w Skansenie. Nie, bynajmniej, ale chcę, żeby zajmowała się wielorakimi stosunkami pomiędzy ludźmi, żeby była w jakimś sensie realistyczna. Jak dotychczas tylko niektóre opowiadania Pawła Huelle spełniają ten warunek. Pan wyczytał liczne pochwały swojej książki, ale nie powinien Pan im wierzyć, bo padają w kompletnej pustce, w której jeżeli ktoś cośkolwiek, minimum, w pisaniu umie, już jest wynoszony pod niebiosa. Przykro mi, że muszę negatywnie ocenić Pana dzieło, ale lepiej mówić szczerze. Wydaje mi się, że nikt nie może być prozaikiem, jeżeli boi się napisać: "Markiza wyjechała o piątej"3. Przesyłam Panu najlepsze życzenia świetnych prozaicznych osiągnięć w gatunku pisania "dla ludzi".
Dłoń Pana ściskam

2.
10 listopada 1993
Szanowny i Drogi Panie,
Dzięki za list, który zastałem po krótkiej wizycie w Polsce. Nie, nie doradzam przymierzania się do średniego poziomu. Chodzi o coś innego: żeby nie mieć w palcach pisarskiego skurczu, to znaczy żeby móc sobie popuścić. W tym sensie pisanie dla pieniędzy bywało dobroczynne. Terminy, kiedy czy chce się, czy nie chce, trzeba oddać rękopis. Dostojewski, Balzac. Nawet Trylogia w odcinkach, kiedy Sienkiewicz musiał wymyślić jakąś przygodę. Moim zdaniem pisanie tzw. fiction to jest wymyślanie awantur arabskich, jak choćby u Fieldinga. St. Ign. Witkiewicz nazywał powieść workiem i przez to był bliższy dzisiejszym powieściopisarzom zachodnim, swobodnie i z gustem błaznującym, mieszającym klasyczne powieściowe chwyty, nieprawdopodobieństwa itd. Chyba lepiej, jeżeli autor ma więcej cynizmu, np. budując suspense, niż powagi. Zważmy poza tym, że czytane są dzisiaj chętnie reportaże (Kapuściński), listy, biografie i autobiografie. Coś to znaczy. Na ogół jest to proza bliska rzeczywistości i przez to solidna, a stosowałoby się to też do próz Białoszewskiego. W Polsce zanadto poważnie traktuje się nowalie ostatnich dziesięcioleci. Susan Sontag, niby taka wyrafinowana eseistka nowojorska, postanowiła napisać powieść-romans4, żeby czytali i kupowali, no i udało się, cenię ją za ten akt woli. Pyta mnie Pan, dlaczego nie przymierzałem się do średniego poziomu. Z braku weny rasowego prozaika. Zdobycie władzy napisałem w trzy miesiące, użytkowo, bo na konkurs, wygrałem, ale z pełną wiedzą, że to raczej algebraiczne równanie niż powieść. A co do poezji, to rządzi się ona innymi prawami.
Nie zgadzam się, że realizm XIX wieku jest już muzealny. Zresztą dość czytać Bachtina5 o poetyce Dostojewskiego, żeby przekonać się, ile tam wątków możliwych a niepodjętych. Co do Joyce'a, to odjąć Dublin, nie ma Joyce'a. Proust jest ściśle realistyczny, to przecie Francja pewnej epoki, niemal Balzac. Monolog wewnętrzny, o którym Pan jest tak wysokiego zdania, jest chwytem niebezpiecznym, bo u d a j e autentyczność znacznie bardziej niż opis "z zewnątrz" i dlatego dla czytelnika jest podejrzany. Poza tym jest zbyt wygodny dla autorów młodych, skoncentrowanych na sobie, co zdaje się być chorobą autorów polskich, jeżeli mam sądzić po maszynopisach, które dostaję.
Pewnie Pan się zdziwi, ale z polskich autorów to lubię czytać powieści Małgorzaty Musierowicz. Zwyczajny Poznań inteligenckich rodzin jest tam opisywany. Ona nie cierpi na skurcz pisarski. Nie wstydzi się "zniżać".
Żeby dawać te rady, sam musiałem przejść ewolucję. Od sprężonej i niemal spazmatycznej poezji mojej młodości przeszedłem do szacunku dla wszystkiego co użytkowe. Jak również do poezji, która jest klarowna. Oczywiście istnieje, mniej więcej od 1910 we Francji, linia powieści poetyckiej i cenię takie rzeczy jak Iwaszkiewicza Legendy i Demeter. Kontynuacja tego gatunku może być honorable, ale to nie jest główna linia prozy.
Zdaję sobie sprawę, że dzisiaj w Polsce w pewnych środowiskach wszystkim jest drążenie możliwości języka. Ale może i tak być, że różni młodzi dziennikarze więcej robią dla języka niż literaci.
Pozdrowienia

 

3.
9 grudnia 1993
Szanowny i Drogi Panie,
Dziękuję za list z 22 XI 1993. Zdaje się Pan być zaniepokojony stanem mego umysłu, więc piszę, żeby choć częściowo te obawy rozwiać. Mówiąc o życiu na wyspach nie miałem zamiaru wygłaszać jego pochwały, w każdym razie nie bez zastrzeżeń. Kiedyś napisałem o swojej tęsknocie do formy bardziej pojemnej, która nie byłaby zanadto poezją ani prozą. Literatura - proszę bardzo, ale niech nie będzie przedmiotem kultu i cukrem dodawanym do miodu. Jeżeli recepta Mallarmégo czy w prozie - Flauberta może prowadzić do powstawania arcydzieł, to jednak ta droga była mi zawsze obca. I zawsze prawdziwy będzie dla mnie Walt Whitman oraz Blaise Cendrars, czyli żarłoczność i wszystkożerność. Dzisiejszy sceptycyzm co do możliwości nieśmiertelnej sztuki idzie za daleko, tym niemniej rodzaj action painting, którym jest twórczość Ginsberga, zasługuje na pochwałę. Wiersz o nim6 jest samo-ironiczny i wyraża jakby żal z powodu mojej inności i licznych inhibicji, choć jest w tym też trochę nabijania się ze stylu ginsbergowej epoki. W każdym razie jest to wiersz o czymś, co należy już do historii. Co do Susan Sontag, to należy ocenić odwagę rzucenia się w inny (sprzedażny) rodzaj i upór w przeprowadzeniu zamiaru, czyli przepoczwarzenie się eseistki (jej próby opowiadań były słabe) w romansopisarkę. Powieści jej nie czytałem, nie mam obowiązku. Osobiście ją lubię i cenię jej wysoką inteligencję, która nie ustrzegła jej zresztą kiedyś od podawania mego Zniewolonego umysłu za książkę faszysty, czyli emigranta, co później odwołała. Ta postawa: napiszę książkę popularną, chodliwą, z pełną świadomością, że stawiam sobie zadanie, pensum, jest moim zdaniem zdrowsza, niż męczenie się latami nad cyzelowaniem arcydzieła. Dlatego też przyjaźniłem się z Kisielem. Bo ten nie wstydził się traktować pisania służebnie i workowato. Znałem go przed wojną, ale nasza przyjaźń zaczęła się w okupacyjnej Warszawie, kiedy kupiłem dla firmy in spe jego powieść Sprzysiężenie7. A jego powieści pod pseudonimem Klon, Staliński? Z tonu Pana listu wnioskuję, że traktuje Pan literaturę zbyt solennie, a od tego blisko do skurczu pisarskiego, czyli pełnej niemocy. Mnie imponowała u Kisiela pewna niedbałość o "dzieło życia" i stąd biorąca się lekkość. A gdyby Pan napisał zwyczajną książkę "dla ludzi", jak mawiał Zygmunt Hertz, nie spadłaby Panu korona z głowy.
Dziękuję za zaproszenie do Bydgoszczy. Może to będzie aktualne, ale dopiero po moim przyjeździe do Polski, co według obecnych planów ma nastąpić gdzieś w kwietniu. Tymczasem zarabiam pieniądze, właśnie wróciłem z wieczorów autorskich w Seattle i Portland, wysoko sobie to cenię, że w Ameryce możliwe co w Zachodniej Europie nie jest możliwe, czyli pieniądze za publiczne czytanie wierszy do 800-1000 osób. I jednak te dwa miasta w ciągu ostatniej dekady bardzo się podciągnęły, mają teraz znakomite księgarnie - w jednej z nich znalazłem półki książek słowiańskich i kupiłem wydane w Wilnie sowieckim, w 1961 roku, dzieło zawierające protokoły (po polsku i po łacinie) procesów XVIII wieku dokoła spraw i buntów chłopskich na Litwie.
Przesyłam Panu najlepsze życzenia świąteczne

4.
18 stycznia 1994
Szanowny i Drogi Panie,
Ogromnie rad jestem, że przyczyniłem się trochę do rozluźnienia pańskiego "pisarskiego skurczu". Miałem echa z Krakowa, bardzo pochlebne, o Pana czytaniu. Dużo myślę nadal o przyszłości prozy w Polsce, a teraz właśnie przeczytałem wywiad z Carlos Fuentes, który wychwala ten nasz koniec XX wieku jako okres rozkwitu powieści (tak!). Więc jak to jest w Polsce? Ambicje przekazania, choćby na gorąco, wszystkiego co się dzieje - mój przyjaciel Jerzy Andrzejewski miał to w wysokim stopniu - i jakie są przyczyny niepowodzeń? Bo przecie Kaden-Bandrowski naprawdę chciał dobrze, pisząc swego Mateusza Bigdę czy Czarne skrzydła, ale zamiast niego czyta się Witkiewicza. A Miazga Jerzego (choć może za wcześnie, żeby o niej sądzić)? Mnie się wydaje, że z jego dwóch wersji uchwycenia komunizmu, metaforyczne Ciemności kryją ziemię ustępują Apelacji. W niej dopiero wychodzi zupełne skołowanie polskiego ludu, pewnie nie tylko polskiego, i można przypuszczać że ogromne masy mieszkańców b. komunistycznego kontynentu są na pograniczu choroby psychicznej. Trudno się dziwić, skoro intelektuele pakowały im w głowy swoje z niebotycznych Heglów ściągnięte teorie, aż wszystko się w głowach pomieszało. Dodać do Apelacji raporty zakonnicy odkomenderowanej przez UB do śledzenia kardynała Wyszyńskiego8, a ma się pełne tableau. I cóż za gotowa powieść - ta istota umysłowo podrzędna, "nawrócona" przez ubiaków, rzeczywiście wierząca w swoje socjalistyczne obowiązki, ten książę Kościoła, z którego wewnętrznych zmagań jej mały móżdżek niewiele rozumie, ta gra między wyższym i niższym ze swoimi resentymentami plebejki. W prozie powieść jest jednak zawsze "lustrem na gościńcu" i ta warstwa też ważna w Ulyssesie. Przeczytałem teraz na nowo Księżyc wschodzi Iwaszkiewicza. To dobra powieść. Dla mnie ciekawe, jak inaczej czytałem niż wtedy, kiedy miałem dwadzieścia lat. Więcej zwracałem uwagi na realia polskich dworów na Ukrainie, ale i metafizyczność Iwaszkiewicza, tutaj wykładana otwarciej niż gdziekolwiek, była dla mnie jaśniej obrysowana, kiedyś łowiłem raczej pewien nastrój.
Otrzymałem ostatnio bardzo miły list od mego biskupa, diecezji Oakland, Cumminsa. Pisze, że był na audiencji w Watykanie i przesyła pozdrowienia od papieża, który go o to prosił, określając mnie jako człowieka religijnego, "nie mojej ideologii", ale chrześcijanina. Nie wiem co słowo "ideologia" w ustach papieża znaczy, może moje występy przeciw państwu wyznaniowemu. Jeżeli wspomniałem o mojej "pokrętnej filozofii" w artykule to dlatego, że kwestie teologiczne mnie przejmują, w kraju gdzie kasta wiedna jest laicka i, sądząc po literaturze, ateistyczna. Wydaje mi się, że nie umysły suche mogą tu dostarczyć wglądu, ale takie jak Iwaszkiewicza, którego ewolucja ku Bogu Nicości niezbyt mi się podoba. Zresztą ukazanie się książki Sobolewskiej Mistyka dnia powszedniego9 jest dobrym objawem. Na ogół mam poczucie rozmijania się z polskim czytelnikiem i obawiam się, że jestem idealnym materiałem do dysertacji wyłącznie pośmiertnych. Chciałbym, żeby Pan przeczytał Storge, tom Oskara Miłosza w moim przekładzie wydany przez Znak w Krakowie w 1993. Pies z kulawą nogą tą książką się nie zainteresował, po prostu nikt nie wie, "Czym się to je", ale jeżeli Pan zechce zaglądnąć, to zrozumie Pan mój samotny upór i niezgodę z literackimi modami. Te mają dużo do czynienia z kultem malarstwa, zabytków architektury, kompozytorów. Jakaś piekielnie kulturalna jest ta młoda polska elita. Niczego podobnego w Wilnie lat dwudziestych nie było, nikt nie był tak oblatany, żeby wiedzieć, co wielkie nazwiska w sztuce znaczą. To jest oczywiście nurt dzisiaj wszędzie obecny i ja też, zobaczywszy wystawę malarstwa holenderskiego w Bostonie wiersz o nim napisałem - w obronie realizmu. Co prawda w ubiegłych wiekach też były podpórki, czyli ciągłe odwoływanie się do Homera, do mitologii greckiej etc. Ale właściwie to mnie ta kulturalność drażni (również u Amerykanów) i widzę w tym wszystkim nowy akademizm poezji i prozy. Pochwała Ginsberga z tego też punktu widzenia była z mojej strony logiczna.
Zresztą swój, by tak rzec, światopogląd poetycki przedstawiłem w antologii pt. Wypisy z ksiąg użytecznych, którą teraz Znak przygotowuje do druku. Choć to jest skromny wkład, bo w obecnej sytuacji literatury polskiej należałoby się dwoić i troić, przede wszystkim w krytyce literackiej, i starać się odpowiedzieć na pytanie: "Gdzie jesteśmy?". Tylko, że to już pora na innych, nie na mnie.
Najlepsze życzenia, dłoń Pana ściskam.

5.
5 lutego 1994
Szanowny i Drogi Panie,
Zdaje się, że dobrze się rozumiemy, w każdym razie jeżeli chodzi o podstawy sztuki. Ale niepokoją mnie w Pana liście z 25 I 1994 uwagi polityczne i chciałbym, żeby mi Pan coś z tego wyjaśnił. Uważam, że niejasność przejścia od PRL do dzisiejszej Polski jest odpowiedzialna w znacznym stopniu za mętlik w głowach obywateli. Tym niemniej Unia Demokratyczna, z wszelkimi jej możliwymi błędami, była tym, czego należało się trzymać. I ta cała lustracja jako hasło przeciwko Unii była po prostu warcholstwem, jak to zresztą wykazały wyniki wyborów, grzebiące całą prawicę. Nie podobała mi się Hańba domowa Trznadla, nie podoba mi się pismo "Arka" dokąd mnie zapraszano, ale odmówiłem. Obawiam się, że cała scena polityczna w Polsce ostatnich lat dowodzi podstawowej polskiej wady, braku poczucia rzeczywistości. Bo ostatecznie rzeczywistość to także konieczność przewidywania kilku posunięć szachowych naprzód. Czy też zakłada kompromis jako nieuniknioną cechę życia politycznego. Moja żona, która jest Amerykanką rdzenną (od XVII wieku) bardzo się śmiała podczas prezydenckich wyborów, słuchając wypowiedzi intelektualistów z UD o Wałęsie.
Z tych to powodów nie bardzo rozumiem teorii spisku w tym, co Pan mówi o Herbercie. Nie jest zmyśleniem, że Herbert cierpi na chorobę zwaną w medycynie manic-depressive i tej to chorobie przypisuję paszkwile na mnie w jego tomie Rovigo. Wiersz Chodasiewicz jest dokładnie taki jak Gałczyńskiego Poemat dla zdrajcy. A wiersz Do Czesława Miłosza jest naśmiewaniem się z nurtu religijnego w mojej poezji. Ponieważ jest chory, choroba go chroni, ale robić z niego świątka prawicy cierpiącego z powodu przekonań?
Nie bardzo też rozumiem Pana stanowiska w sprawie Kościoła w Polsce. Ostatecznie należę do pokolenia, które pamięta "Rycerza Niepokalanej", "Mały Dziennik" i całą godną podziwu działalność ojca Kolbe. Tę całą mentalność znam, ale wystarczy mi kilka rozmów z rozgarniętymi księżmi z Polski, żeby ocenić rozmiar błędów popełnionych w ciągu ostatnich lat przez Glempa i polską hierarchię kościelną, nie mówiąc o klerze siedzącym na parafiach. Trudno mi więc ubolewać, że "Gazeta Wyborcza" wali w nich jak w bęben.
Podział kraju na Polskę ateistyczną - laicką i kościelną uważam za coś, czemu trzeba starać się wszelkimi siłami zapobiec. Nie będzie to łatwe ale przynajmniej jest "Tygodnik Powszechny" i "Znak", tudzież parę innych ośrodków jak "W drodze" dominikanów, i trochę izolowanych jednostek. Nie jest moim zadaniem takie wypowiadanie się, żeby mnie zaszeregowali po stronie albo Kościoła albo antyklerykalizmu, bo wtedy kończą się pytania i jakikolwiek twórczy dialog.
Widzi Pan, jak nam się zebrało na politykę, ale to chyba dobrze, bo klarują się przez to niektóre niedomówienia, które nie powinny być maskowane czysto intelektualną rozmową.
Dłoń Pana ściskam

6.
25 grudnia 1994
Szanowny i Drogi Panie,
Dostałem numer pisma z moim wywiadem10, dziękuję. Widzę, że nie wytłumaczyłem, o co mi chodziło w mojej obronie języka, bo wyszło zbyt moralistycznie, po linii potępienia PRL-u po prostu.
Przybrać się do pisania listu jest trudno. Każdy wiek ma swoje borykania się, a po osiemdziesiątce nie jest lżej, jako że świadomość przegranej nie zostawia już miejsca na nadzieję. Oczywiście pytanie, co byłoby wygraną. Różne nazwiska i postacie, ale wreszcie wniosek, że jednak nie, nie to.
Pyta mnie Pan, czym mierzyć realizm. Pewnie dlatego zwlekałem z odpowiedzią na Pana list, bo któż tam chce zagłębiać się w teorię literatury. Silniejszy w realizmie niż hemingwayowaty Borowski jest Bohdan Korzeniowski - patrz Książki i ludzie11 pod tak skromnym tytułem trwałe dzieło o dwóch totalizmach. Realistyczna jest Panna Nikt12. Realistyczna jest poezja Anny Świrszczyńskiej13. I niby to same fantazje, polowania na bazyliszka itd. w wierszach Bogumiła Andrzejewskiego14, poety emigracyjnego, który umarł niedawno w Londynie (drukował mało, był profesorem języków afrykańskich na uniwersytecie londyńskim).
Nie wiem jak to jest, że dla mnie w literaturze potrzebna też doza melodramatu, żebym popłakał się należycie - może rzeczywistość dla nas ludzi uchwytna jest melodramatyczna? Zresztą Wat twierdził, że Ordynat Michorowski jest prawzorem wszelkiej powieści polskiej, skoro w niej piekło zawsze równa się niższości w towarzystwie15.
Ulysses. Byłem zły, bo powiedziano mi, że tamta rozmowa z dowcipuszkami to tylko materiał do wykrojenia, a puścili jak leci. Do Ulyssesa zabierałem się kilka razy, w różnych jego miejscach, ale na ogół to prawda, że nie doczytując, czyli nie mam tak nabożnego stosunku jak Pan*. Mogę się mylić, ale raczej byłbym po stronie Auerbacha (patrz Mimesis16), który w prozie XX wieku widział rozprzęganie się rzeczywistości.
Zajęty byłem ostatnio korektami mego tomu wierszy - tego, który po polsku nazywa się Na brzegu rzeki, a po angielsku Facing the River, tudzież szamotaniem się dokoła mojej antologii17, której wydanie po angielsku odwleka się nie z powodu braku wydawcy, ale z powodu zezwoleń na użycie utworów. To tutaj bardzo kapitalistyczna sprawa, np. mój wydawca za moje wiersze do różnych antologii każe płacić sobie słono, aż do 900 dolarów za jeden wiersz. Więc chodzi o wzięcie tej przeszkody.
"Tekstom Drugim" dałem listy Jerzego Andrzejewskiego z lat 1945-1949, mają drukować po porozumieniu się z rodziną. Chciałbym, żeby Pan wiedział, że w moim nieodwiedzeniu Jerzego, kiedy przyjechałem do Warszawy w 1981 roku, nie było nic a nic pretensji do niego za powiedzenie po pijanemu, że powinniśmy dostać Nobla razem. Powody były psychiczne, ale natury osobistej, nie literackiej ani politycznej.
Listy Iwaszkiewicza do mnie z tych samych lat też "Tekstom Drugim" przekażę18.
Planujemy przyjazd do Krakowa w pierwszych dniach maja i jeżeli Bydgoszcz - i ewent. Toruń ma dojść do skutku, to chyba tylko w końcu maja czy w początku czerwca, bo potem wakacje.
Najlepsze życzenia na Rok Nowy

7.
9 marca 1995
Szanowny i Drogi Panie Krzysztofie,
Z Pana ostatniego listu wnioskuję, że, ku mojemu żalowi, kulturalne ośrodki prowincjonalne nadal pozostają w tyle za Warszawą, w każdym razie jeżeli chodzi o plotki. W Warszawie już dawno wiedzą, że Herbert zwariował i że ma hyzia na punkcie mojej osoby, o której rozpowiada najfantastyczniejsze historie. Pan mnie o to zapytuje, a ja tylko tyle powiem, że tłumaczenie polskich poetów na angielski i hołubienie ich naraża na wypadki przy pracy, Herbert jest takim wypadkiem i basta. Niemniej, zupełnie niezależnie od psychopatii czyli jego manii, że jest wieszczem i sumieniem narodu, kryje się tutaj bardzo poważny problem. Stworzono wrażenie, że z załamaniem się komunizmu nastąpiło zwycięstwo emigracji tej zewnętrznej i tej wewnętrznej, czyli zamiast PRL-u wystąpiła z powrotem Polska sprzed 1939 roku. Jeżeli tak, to Herbert ma rację atakując mnie i innych, którzy się ześwinili tj. tak czy inaczej działali w PRL. Niestety Francja za Restauracji nie była już tą samą Francją co przed Rewolucją, ani Polska nie jest Polską sprzed 1939, a kto myśli inaczej, zastyga i skazuje siebie na jałowość, a właściwie na obłęd.
Lata 1945-1948. Dla Pana to są lata mityczne, ale ja właśnie w nich siedzę z powodu odnalezionych listów z tamtego czasu - Andrzejewskiego, Wyki, Iwaszkiewicza, a zwłaszcza Krońskiego i Ireny Krońskiej19. Zamierzam te listy wydać z moim komentarzem. Chodziło wtedy o poważne sprawy - o wydobycie polskiej literatury z oparów romantyzmu i przywrócenie linii Odrodzenie-Oświecenie tudzież klasycyzmu. Istniała wtedy ezoteryczna doktryna wśród "właścicieli Polski Ludowej", na zewnątrz marksistowska, ale w istocie niezbyt różna od programu choćby wileńskiego Towarzystwa Szubrawców20: zmienić, jeżeli trzeba przemocą, kraj ciemnoty, zabobonów i kleru w kraj nowoczesny. Te listy wyjaśniają, dlaczego napisałem Traktat moralny i Traktat poetycki, czyli skąd u mnie ta tęsknota do retoryki klasycznej.
Wróciliśmy właśnie z Costa Rica, gdzie brałem udział w seminarium na temat civil society ale także zwiedzałem rezerwat tropikalnej przyrody, widziałem dużo gatunków ptaków (w tym dwa gatunki tukanów), małpy i mnóstwo rodzajów drzew, które wyglądają tak samo, ale mają, każde, inną nazwę. Tudzież pływanie w Pacyfiku, w niektóre dni utrudnione z powodu zbyt wysokiej fali.
Otrzymałem Kozi róg21 i przeczytałem uważnie. Jednak ciągoty klasyczne są u mnie nadal silne. Mój przyjaciel Kroński pieklił się nie tylko na romantyzm, ale też na Rimbauda, czyli na wszystkie pochodne romantyzmu w sztuce nowoczesnej. Jako jego uczeń odnoszę się niechętnie do Becketta i do takich pisarzy jak ten austriacki Bernhard, którego sztukę Kalkwerk (okropną) oglądałem w Krakowie22. Wydaje mi się, że Pana pisarstwo zyskałoby, gdyby Pan mniej ulegał pokusom nowoczesnym i antyobiektywnym. Najlepsza proza polska, którą można polecić jako wzór to Bohdana Korzeniowskiego O książkach i ludziach.
W końcu kwietnia jest spęd noblistów w Atlanta (nb. mieście rodzinnym mojej żony), z powodu mającej się tam odbyć międzynarodowej Olimpiady. Do Polski planujemy przyjechać około 1 maja. Bardzo chciałbym, żeby podróż do Torunia doszła do skutku. Sądzę, że najlepszy czas byłby w czerwcu i chyba najmniej męcząca jest podróż z Krakowa do Warszawy pociągiem i pewnie z Warszawy do Torunia autem, choć może jest też dobry pociąg. Ponieważ opowiadałem dużo o pięknie Torunia, Carol jest zaciekawiona23. Zdaję sobie sprawę, że czerwiec jest ostatnim miesiącem roku uniwersyteckiego i że to powoduje komplikacje. Więc może czas dobry byłby w samym końcu maja? Tylko jak to zorganizować, żeby uniknąć masówek? Nie mam nic przeciw spotkaniom z publicznością oraz odpowiadaniu na pytania, ale zdaję sobie sprawę z różnicy pomiędzy publicznością, którą interesuje poezja i tą drugą, która leci na rozgłos nazwiska - tej drugiej wolałbym uniknąć. Czyli jestem dokładnie odwrotnością polityka, dla którego im więcej ludzi tym lepiej.
Przepraszam za długie milczenie. W ciągu ostatnich miesięcy te podróże - Honolulu, San Louis Obispo, no i Costa Rica. Prawdę mówiąc to interesuje mnie tylko Polska i najchętniej siedziałbym w Krakowie. Są jednak sprawy rodzinne, które wymagają mojej tu obecności, jak też wydawnicze - właśnie ukazał się mój nowy tomik wierszy po angielsku pod tytułem Facing the River oraz podpisałem kontrakt na antologię, jak też wreszcie załatwiłem wydanie wybranych wierszy Świrszczyńskiej - ta po śmierci ma ze mnie pociechę.

8.
17 października 1995
Drogi Panie Krzysztofie!
Dziękuję za list 26 września. Jesteśmy w Berkeley już od kilku tygodni i niezbyt żałujemy, bo uciekliśmy w porę przed deszczami. Myśleliśmy o przyjeździe do Krakowa na święta Bożego Narodzenia, ale jest to teraz wysoce wątpliwe. Postaram się przysłać Panu odpowiedź na ankietę. Moje listy do Wyki były opublikowane w "Dekadzie Literackiej". Czy to Panu nie przeszkadza?
Łączę najlepsze pozdrowienia.

9.
31 października 1995
Drogi Panie Krzysztofie,
Jak widać nie zapomniałem o Panu i spełniam Pana prośbę, przesyłając coś w rodzaju odpowiedzi na ankietę24. Pismo wydaje mi się dobrze redagowane i zawiera interesujące materiały. W regionalizacji polskiego życia kulturalnego dobrze się wyróżnia.
I oto już listopad. Piszę, czytam, odprawiam wieczory autorskie, tak minęły wrzesień i październik. Ciekaw jestem, czy ukazała się w polskim przekładzie powieść Davida Lodge How far can you go, czyli Jak daleko można się posunąć, która w katolickim kraju powinna narobić dużo hałasu. Bardzo się cieszę, że Nobla dostał Seamus Heaney. Zastanawiam się, kogo by polecić Szwedzkiej Akademii, ale w tej chwili poza Bałtami nikt nie przychodzi mi do głowy.
Przesyłam Panu najlepsze pozdrowienia.

PS. Jakieś obrzydliwe ataki na Jerzego Andrzejewskiego. Bardzo mi przykro, że tyle brudu w życiu literackim.

10.
14 marca 1996
Drogi Panie Krzysztofie,
Dziękuję za list z 25 lutego. Listy idą długo. "Kwartalnika Artystycznego" dotychczas nie otrzymałem. Porusza Pan w swoim liście poważne sprawy i postaram się odpowiedzieć na pytania. To niedobrze, jeżeli utwór literacki robi wrażenie surowego, nagiego wyznania. Ostatecznie nie jest to rola sztuki, choć są ludzie uważający wszelką poezję liryczną za margines biografii. Do nich należał Brodski, dla którego poeta wykorzystuje jedną dziesiątą swoich życiowych doświadczeń, reszta zostaje niewyrażona. Tym niemniej, kiedy wypowiedź staje się zbyt "naga", jest to jakiś sygnał ostrzegawczy. Myślę, że w moim wieku raczej nie należy pisać wierszy, bo cała ich ornamentyka niezbyt już nas bawi. Przesyłam panu wycinki z "N. York Timesa" o cmentarzu dzieci nieurodzonych, choć w telewizji oglądałem go już dawno. Cel jego istnienia jest ekspiacyjny. Kobiety przyjeżdżają tam dręczone poczuciem winy, choć nie ma w Japonii prawnego zakazu. Myślę, że mój wiersz25 polega na rzeczywistym współczuciu i utożsamieniu z kobietą, oczywiście jest bliski innym moim wierszom o kobietach w "Zeszytach Literackich": Helenka i Religia Helenki26. Czy kobieta mogłaby tak mówić? Na przykład bohaterka wiersza Religia Helenki? Raczej nie, bo o ile wiem o reakcjach kobiet na tym cmentarzu, jest to głównie żal, a czasem i rozpacz, że straciło się jedyną szansę, żeby mieć dziecko. Żeby nieistnienie wynieść ponad istnienie trzeba ogromnej goryczy i bólu, ale tu przecie nie chodzi o własny ból tylko o zaoszczędzenie bólu innej istocie. Być może, tej Japonce udzieliłem za dużo swoich uczuć, niestety niepoprawnie manichejskich, ale taka postawa mogła się zdarzyć, nie jest nierealistyczna, choćby dlatego, że poczucie winy szuka pociechy: ostatecznie przynajmniej zaoszczędziłam dziecku cierpienia. Zastanawiałem się, czy ma się prawo taki wiersz ogłosić drukiem i czy nie będzie on interpretowany jednostronnie, przez obóz pro- albo przeciw aborcji, ale w każdym razie, kiedy chodzi o angielską jego wersję, uspokojono mnie, że przede wszystkim będzie czytany jako wiersz współczujący...
W Krakowie będziemy w maju. Najlepsze pozdrowienia

PS. Chciałbym być poetą jak najmniej odwołującym się do mego osobistego życia, jak choćby Stephane Mallarmé czy Paul Valéry. Niestety nie każdemu to dane i nieraz wciąga nas autobiografizm, tak właściwy poezji rosyjskiej. Trzeba starać się go unikać, choć jeżeli posuniemy to za daleko, "na siłę", bywa, że mści się to stanami psychopatycznymi.

11.
24 lutego 1997
Drogi Panie Krzysztofie,
Po dłuższej refleksji doszedłem do wniosku, że nic nie stracicie jeżeli z tą nagrodą i popiersiem27 poczekacie do mojej śmierci. Był Pan w Sopocie i widział Pan, co tam się wyprawiało, a ja musiałem robić dobrą minę do złej gry, choć piekielnie mnie to wszystko drażniło. Zbytnie honorowanie jednostki za życia nie jest wskazane. Czułbym się trochę jak w Sopocie, gdybyście honorowali mnie w Bydgoszczy.
Doceniam jak najbardziej Pana dobrą wolę, jak i innych członków jury, ale wolę spotkania bardziej kameralne.
Będzie mi przyjemnie spotkać się z Panem w Krakowie. Pomyślę o materiałach dla "Kwartalnika Artystycznego".
Pozdrowienia,

12.
15 marca 1997
Drogi Panie Krzysztofie,
Powinno Pana zainteresować to, co następuje. Została napisana praca doktorska o Jerzym Andrzejewskim, przez panią Synoradzką. Czytałem ją, wydaje mi się bardzo potrzebna i niejako ustawiająca na nowo żywot i dzieło Andrzejewskiego. Została obroniona na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ma się ukazać drukiem w Wydawnictwie Literackim28. Jak słyszę, książka planowana jest na maj. Chyba powinien Pan przygotować numer o Andrzejewskim29, biorąc pod uwagę obecność tej książki na rynku.
Przesyłam pozdrowienia


 

 


O nas I Numer bieżący I Archiwum I Biblioteka KA I Sprzedaż I Kontakt